1 dzień – panelowy

W czwartek wstałam nieco po czwartej i tegoż właśnie dnia razem z Ilonką „Kobietą Ślimakiem” oraz Anią z Odmętów Absurdu miałyśmy panel o internetowych komiksach, wiem, że był, wiem, że na nim byłam, ale nie mam pojęcia o czym był dokładnie, bo ciągle myślałam o tym, że wstałam o czwartej rano. Ludzie się śmiali, zadawali pytania, prowadzący panel Paweł ogarniał, więc raczej było w porządku.

 

2 dzień – kawowy

Z ciekawych rzeczy – był survival związany ze zdobyciem kawy, z tej okazji przyznam Wam się do zbrodni, bo parę razy po tę kawę poszłam do Press Roomu, ale uspokoiłam swoje lisie sumienie tym, że w końcu razem z Anią zrobiłyśmy materiał reklamowy Comic Conu, wykorzystując nasze niebywałe zdolności i kreatywność do stworzenia animacji (prawie) poklatkowej. Vip Room okazał się być otwarty dopiero w weekend, ale zdobycie kawy nadal nie było proste, gdyż pan ochroniarz, wielki jak szafa, powiedział, że jednak bardzo mu z tego powodu wszystko jedno, ale nie mam rangi gościa, który zasłużył na kawę. Okazało się, że jednak mam. Pan ochroniarz nie był szczęśliwy.

 

3 dzień – kolejkowy

Zanim odkryłam, że istnieją toalety bez kolejki, stałam w takich, której długość sięgała na miliony lat. Przy jednej z toalet powstała jedna kolejka i do męskiej i do damskiej, bo jak ktoś przede mną stwierdził – tak jest szybciej. Ok. Stoję więc w tej jednej kolejce do dwóch toalet z poczuciem jakiejś takiej sprawiedliwości społecznej, aż w końcu gość jakiś próbuje się przedrzeć przez kolejkę.

Mamy jedną kolejkę – mówię i widzę jak w adresacie tych słów wzbiera złość.
A niby dlaczego? – pyta,
bo każdemu chce się siku tak samo? – sugeruję ten pełen empatii powód.
Ale zaraz, zaraz! Tu jest męska toaleta, a tu damska – odkrył rozmówca. –  Kto tak postanowił?!
Ktoś przede mną, a my się zgodziliśmy i stanęliśmy w tej kolejce.
Nie, nie, to jest damska, a to męska – rozmówca wraca do stałych wartości i rzeczy pewnych, a ja czuję, że muszę temu jakoś zaradzić, dać mu jakieś rozwiązanie, prostą odpowiedź, aby nie burzyć równowagi w jego wnętrzu, która właśnie drży w podstawach.
Słuchaj, jeśli to dla ciebie problem, to może porozmawiaj z organizatorami? – Sugeruję. Trafia. Facet odchodzi rozedrgany, ale przynajmniej ma już plan działania.

I teraz wyobrażam sobie, że mówi organizatorom „grupa mężczyzn i kobiet stworzyła jedną kolejkę do dwóch toalet, nie dzieląc się ze względu na płeć. Zróbcie coś z tym, bo nie chcę sikać w toalecie, na której jest napisane „toaleta damska” a jeszcze bardziej odpycha mnie myśl, że jakaś dziewczyna sika w toalecie, która jest dedykowana mojej płci.” I organizatorzy pewnie z poważną miną kiwają głowami i mówią „tak, to zaiste wielki problem. Przy tak wielkiej imprezie właściwie tylko czekamy na takie tragedie, bo nic ważniejszego nie mamy na głowie.” Włączają wtedy koguty i Ijo-Ijo-ijo – biegnie straż toaletowa, aby nas wszystkich okrzyczeć i aresztować z powodu sikania w losowo wybranej toalecie.

 

4 dzień – liskowy

Totalnie najlepiej, że przyszło tyle słodkich lisków przywitać się, pogadać, zgarnąć jakąś dedykację w albumie, czy podpis na kubeczku. Nawet podobno komuś uratowałam tym podpisem odbiór całego konwentu, toteż czuję lisią dumę.  Gindie zadbało o mój dojazd, nocleg i zapasy wody oraz śniadanie, a wszystkie osoby, które pracowały na stoisku sprawiały, że atmosfera była bardzo sympatyczna. Chciałam zrobić sobie zdjęcia z gwiazdami zaproszonymi na imprezę, ale odkryłam, że właściwie nikogo z nich nie znam i czas, który poświęciliby mnie, lepiej nich poświęcą swoim fanom.  Na stoisko Gindie, przywitać się z liskiem w mej osobie, dotarli bardzo fajni blogerzy i YouTuberzy, więc myślę, że wyciągnęłam z Comic Conu to co najlepsze, w tym dużo kawy, dużo uśmiechów i SERdecznych słów. Om nom nom.

5 dzień – śpiący

Comic Con Warsaw dobiegł końca, a ja czuję, że jeszcze jeden dzień dałabym radę. Jeden, nie więcej. Comic Con był imprezą na którą z zainteresowaniem czekali wszyscy, jedni kibicowali, inni szukali wyłącznie potknięć. Z mojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że kontaktowałam się z wieloma kompetentnymi, zaradnymi osobami, które starały się ułatwić mi życie jako gościowi imprezy. Wrażenie z pewnością robił rozmach Comic Conu, zaproszone gwiazdy, stoiska growe. Było także masę niedociągnięć, duchota, brak toalet, bałagan organizacyjny na bramkach, czy niemili ochroniarze, ale nie jestem obiektywna, bo nie po to jeżdżę na konwenty, nie dla atrakcji, tylko dla ludzi. I to są doznania, które trzeba samemu przeżyć, a o których sama nie miałam kiedyś pojęcia. NIC nie przebije tego błysku w oczach nastolatki, która dostaje lisią dedykację w albumie, tych nieśmiałych pytań o wspólne zdjęcie, tej radości z uściśnięcia ręki ulubionej autorki. Wszystkie te osoby myślą sobie, że spotyka ich coś niezwykłego, bo mogą mnie poznać, ale nie wiedzą, że dla mnie jest to równie niezwykłe, wielkie, emocjonujące wydarzenie. Jeśli ktoś mówi, że robię dobre rzeczy i poprawiam komuś dzień, on sam tymi słowami poprawia dzień minie. Jestem wtedy dumna z tych kanciastych lisich tyłeczków bardziej niż z mojej pracy naukowej i dyplomów, bo naprawdę ktoś reaguje na to, co tworzę.