Chorowanie na brak wiosny to poważna, wbrew pozorom, sprawa. Lisia sprawa. Każde mrugnięcie, każdy gest czy oddech kosztuje dwa razy więcej wysiłku niż zwykle. Niby wokoło niewiele się zmienia, bo jak ciemno  i szaro było tak jest, ale jednak każdy skrawek ciała potrzebuje słońca, tęskni za nim tym bardziej, że jeszcze pamięta jak to miło było latem. Powłóczyste spojrzenia wieczornych promieni słonecznych, czy nawet południowa spiekota jest wszystkim, co moje (mniej lub bardziej) lisie ciało potrzebuje. Dlatego też biegam już od okna do okna wyglądając za tą wiosną, co to niby już przyszła. Jakoś nie do mnie, chociaż jestem niemal pewna, że czekam na nią najbardziej.